niedziela, 20 lipca 2014

Łosoś z cukinią i nektarynkową sałatką



A dzisiaj tak jak obiecaliśmy przepis na obiad z wczorajszego zdjęcia. To taki obiad z tego co znaleźliśmy w lodówce, ale takie wychodzą nam chyba najlepiej. Zapraszamy na pomarańczowego łososia z pieczoną cukinią i sałatką nektarynowo-pomidorowo-winogronową.

Łosoś
Filet z łososia
Pomarańcza
Ząbek czosnku
Sól
Pieprz
Estragon

Cukinia
2 cukinie
Ząbek czosnku
Tymianek
Pieprz
Sól
Olej

Sałatka
Zielone (dowolna sałata lub inne zielone, u nas szpinak)
Nektaryna
6 winogron
Czarne oliwki
8 pomidorków koktajlowych
Sok z ½ pomarańczy
Ząbek czosnku
2 łyżki musztardy (u nas francuska)
Olej lub oliwa

Nagrzewamy piekarnik na 180oC. Zaczynamy od łososia. Jeżeli mamy gotowy filet, to tylko go lekko myjemy i wkładamy do naczynia w, którym go będziemy piec. Wyciskamy sok z ½ pomarańczy, dodajemy czosnek, odrobinę soli i pieprz. Zalewamy marynatą łososia, filetujemy pozostałą połowę pomarańczy. Posypujemy łososia estragonem i kładziemy kawałki pomarańczy. Naczynie przykrywamy folią i odkładamy na jakiś czas do lodówki.

W tym czasie bierzemy cukinię dzielimy każdą z nich na cztery części, wycinamy z grubsza nasiona i tniemy na kawałki po ok. 5-7 cm. Pociętą cukinię wkładamy do naczynia. Rozgniatamy ząbek czosnku i wrzucamy do cukinii. Dodajemy pieprz, sól i tymianek. Wszystko polewamy olejem i mieszamy łyżką, lub rękoma (lepszy wybór), tak aby wszystkie kawałki „były w sosie”. Wkładamy do nagrzanego piekarnika i będziemy piec ok. 30-40 minut.

 Do sałatki potrzebujemy najpierw zielonego. Dodajemy do tego przepołowione pomidorki koktajlowe i czarne oliwki. Mieszamy olej z sokiem z pomarańczy, rozgniecionym ząbkiem czosnku, solą, pieprzem oraz dwiema łyżkami musztardy. Mieszamy wszystko najlepiej w zamkniętym słoiczku lub butelce. Robimy to tak jakby w shakerze. Dzięki temu uzyskamy coś na kształt emulsji. Polewamy sałatkę. Na to wkrajamy cząstki nektaryny i połówki winogron.

Po około 20 minutach pieczenia cukinii wkładamy do piekarnika łososia przykrytego folią. Dopiekamy wszystko razem około 20 minut. Cukinia powinna być miękka, lekko zrumieniona. Podajemy wszystko tak żeby było ładnie, ale przede wszystkim tak żeby nam smakowało od samego patrzenia.

Smacznego!
P.S. Dzisiaj niestety jedno zdjęcie, bo jak zaczęliśmy je robić to po pierwszym padła nam bateria w aparacie.

-Janek

sobota, 19 lipca 2014

Tapenada - czarna pasta do chleba



Dzisiaj przepis na tą czarną pastę z oliwek i będzie krótko. Odkąd spróbowałem tapenady kilka lat temu, chciałem zrobić swoją wersję, ale nigdy się nie składało. A to nie było anchois w sklepie, a to nie miałem blendera i takie tam jeszcze problemy. Trafiło się ostatnio tak, że Janka kupiła dwie paczki sardeli, a akurat były oliwki czarne, kapary i parę jeszcze składników, więc niewiele myśląc zabrałem się do pracy. Z przepisu wychodzi mały słoiczek, taki jak na zdjęciu.

Tapenada
Około 40 czarnych oliwek (5-6 łyżek)
2 filety anchois
6-8 kaparów
3-4 łyżki oleju, oliwy (co kto woli)
Łyżeczka octu balsamicznego
Pieprz
1-2 ząbki czosnku (w zależności od wielkości i tak jak wyżej, jak kto lubi)

Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy na gładką masę. I już, ot cała filozofia. Przechowujemy najlepiej w szkle np. w słoiczku i do lodówki. Najlepiej smakuje na lekko zgrillowanym chlebie lub bułce. Ja bardzo polecam!


P.S. Pasta jest dosyć słona. Jeżeli dodacie więcej oliwy i oliwek, będzie łagodniejsza, to samo tyczy się czosnku. U nas podekscytowany dałem ją spróbować Marcie, ale nie stała się jej amatorką. Zmuszony byłem zjeść ją sam, chociaż w sumie nie byłem z tego powodu zmartwiony.

Smacznego!

 -Janek

poniedziałek, 7 lipca 2014

Małe czekoladowo-kajmakowe świnstewka




Oj dawno nas tu nie było, ale na swoje usprawiedliwienie musimy wspomnieć, że dużo się u nas dzieje. Nie będę jednak tym Was zanudzać. Dzisiaj przepis na tort ze świnkami w błotku. Tort powstał na wieczór panieński naszej przyjaciółki Zuzi. Mieliśmy za zadanie zrobić taki tort, który będzie przede wszystkim jej smakował. Na szczęście mieliśmy swoich szpiegów, którzy donieśli nam dokładnie jakie torty preferuje przyszła panna młoda. Padło na czekoladowy tort z kremem kajmakowym. Jako blaty skorzystaliśmy z przepisu na kakaowy biszkopt idealny z Moich wypieków (http://www.mojewypieki.com/przepis/biszkopt-kakaowy,-najlepszy). W środku przełożyliśmy go maślanym kremem kajmakowy. Dodatkowo był on obłożony biszkoptami, a na wierzchu miał Nutellę. I tu był najważniejszym punkt tortu, to znaczy Nutella na wierzchu tworzyła „błotko” w którym taplały się świnki (Zuzia odkąd ją znamy chciała mieć małą miniaturową świnkę). I tak o to panie świntuszyły na panieńskim.

Biszkopt kakaowy
2/3 szklanki mąki tortowej
5 jajek
¾ szklanki cukru
1/3 szklanki kakao

Krem kajmakowy
1 puszka kajmaku ok. 400 g
1,5 kostki masła (kostka 250g)
¾ szklanki cukru pudru
2 łyżki cukru z prawdziwą wanilią

Do nasączania blatów
¾ szklanki kawy rozpuszczalnej

Do dekoracji
24 podłużne biszkopty
Nutella
300 g masy cukrowej
Barwniki spożywcze

Zaczynamy od biszkoptu. Oddzielamy białka od żółtek i ubijamy je na sztywno. Po ubiciu dodajemy po łyżce cukru nadal ubijając. Po woli mieszamy i dodajemy żółtka. Mąkę i kakao dodajemy po łyżce podobnie jak cukier, ale mieszamy szpatułką do połączenia składników. UWAGA! Trzeba to robić bardzo ostrożnie, aby z jednej strony nie opadło nam ciasto, a z drugiej nie zostały nam nie połączone składniki.

Dno tortownicy o średnicy 21 cm wykładamy papierem., nie smarujemy niczym boków. Wykładamy do tortownicy delikatnie ciasto. Pieczemy w 170oC przez około 35 minut, do uzyskania suchego patyczka.

Gdy ciasto jest gotowe zrzucamy ciasto w tortownicy z wysokości ok. 50cm na podłogę. Możemy rozłożyć ściereczkę lub ręcznik, które zamortyzują trochę ten „upadek”. Odstawiamy ciasto do wystudzenia.

W tym czasie mieszamy cukier puder, z cukrem z prawdziwą wanilią i masłem i ubijamy wszystko na jasną puszystą masę. Gdy osiągniemy prawie białą barwę masła dodajemy powoli masę kajmakową, ciągle ubijając.

Biszkopt dzielimy na trzy blaty. Każdy nasączamy kawą rozpuszczalną, dodatkowo rozcieńczoną wodą. Pomiędzy blatami umieszczamy masę kajmakową. Wierzch smarujemy Nutellą, dosyć dużo aby nie „przebijał” biszkopt. Każdy z podłużnych biszkoptów smarujemy do ¾ wysokości i obklejamy nasz tort dookoła. Tak powstała nasza zagroda dla świnek z błotkiem.

Świnki robimy z masy cukrowej wymieszanej z barwnikami. Tutaj panuje oczywiście już Wasza inwencja twórcza. Nasze świnki stworzyła Jancia i przyznam, że były to małe dzieła sztuki, które dodatkowo można było zjeść. Gotowy tort sprawił masę szczęścia zarówno nam jak i Zuzi, więc i Wam sprawi masę frajdy. Powodzenia i niech świnki będą z Wami.
- Janek

środa, 7 maja 2014

Babeczki brownie



Wszystko zaczęło się od spotkania u naszych znajomych, na którym zjadłam najlepsze brownie na świecie. Nie zdziwiło mnie to, że przepis na nie pochodzi z Kwestii Smaku (http://www.kwestiasmaku.com/desery/ciasta/czekoladowe_brownie/przepis.html). Asiu, to istna pychota! Któregoś dnia postanowiłam zrobić z ciasta babeczki. Inspiracja była zaufana, byłam pewna, że wyjdą wyśmienicie. Do mojej wersji dodałam wiśnie z kompotu w sam środek foremek. Po upieczeniu wyglądały ekstra. Po wystudzeniu...no cóż - licho. Wszystko przez to, że woda wypłynęła z wiśni i zmieniła gęstość masy. W efekcie powstał dołek na środku. Ale pewna tego, że smakują wyśmienicie, szukałam pomysłu, jak je zreperować. Wklęśnięta babeczka z odstającym cycuszkiem z małej wisienki, no, myślałam, że zapadnę się pod ziemię, jeśli ktoś to zobaczy. Na pomoc przyszła bita śmietana! Wszystko uratowane, można częstować! Według jednej z moich znajomych są to "mikroorgazmy". Chyba coś jest na rzeczy, bo większość ludzi po zjedzeniu jednej babeczki miało niekontrolowane wybuchy śmiechu, łącznie z płaczem.
Jak je zrobiłam?
Ogólnie trzymałam się przepisu Asi, który widnieje na jej stronie. Nie chciałam drastycznie zmieniać przepisu, bo jest on prosty i naprawdę idealny. 

Przepis na około 12-14 babeczek (w zależności od wielkości foremek)

3 gorzkie czekolady
kostka masła
3 jajka
1/2 opakowania cukru waniliowego
250 g cukru
130 g mąki
1/4 łyżeczki soli
około 14 wiśni ze słoika
bita śmietana

W garnku rozpuściłam 2 czekolady i masło. Odstawiłam, żeby ostygło. Jajka ubiłam z cukrem i cukrem waniliowym na puch. Następnie dodałam ostudzone masło czekoladowe i wymieszałam wszystko, tak by była jednolita masa. Przesiałam do tego mąkę z solą i znów na wolnych obrotach wymieszałam. 
Nakładałam do foremek do ok. 3/4 ich wysokości. W środek każdej babeczki wsadziłam po 1 wiśni, tak by nie wypłynęły na powierzchnię. Posypałam wierzch startą czekoladą, 
Piekłam w temp. 160 stop. przez 15-17 minut.
Przed podaniem udekorowałam je bitą śmietaną. 


Oj, jak mi się już za nimi tęskni. Lecę po masło do sklepu, będą idealne przed dzisiejszym treningiem tabaty :)

- Marta

sobota, 3 maja 2014

Pain au levain z przepisu Jeffreya Hamelmana




Chleb, najcudowniejszy wypiek, który wymyślił człowiek. Na pewno jest to mój drugi nałóg po wcześniej wspominanej soli, a może i bije go na głowę. Nie ma nic lepszego niż pajda świeżego chleba (taka o 12 centymetrach grubości) czasem z masłem i odrobiną soli, czasem sama, sucha. Oj tak świeży chleb to jest to. Uwielbiam też ten czerstwy jak już przypomina trochę sucharki i można go tak fajnie pochrupać. Mimo, że stosuję dietę z powodu alergii, a przynajmniej się staram i glutenu nie powinienem jeść, to tej jednej rzeczy nie potrafiłbym sobie odmówić. Nie potrafię żyć bez chleba.
Mieszkając w Warszawie jednak trudno znaleźć wypiek, który można uznać za dobry chleb, a jednocześnie nie będzie on drenował kieszeni. Mało tego warunki w naszym domu są takie a nie inne i nie znaleźliśmy do tej pory chleba, który by najzwyczajniej w świecie się zsechł, wszystkie pleśnieją. Obojętnie czy na zakwasie, na zaczynie, na drożdżach czy Bóg wie jeszcze na czym, zawsze znajdowaliśmy na nim odrobinę zielono-białego futerka. Ale w lipcu byliśmy u przyjaciół i jedliśmy tam wypiek pani domu , który zrobiła na swoim zakwasie. Oj co to był za chleb, a zniknął w błyskawicznym tempie.
Po tym wszystkim chciałem zacząć piec swój. I tak znalazłem przepis na zakwas wg. metody Hamelmana, a po 7 dniach byłem gotowy do pieczenia. Od lipca zeszłego roku do dnia dzisiejszego kupiliśmy chleb tylko dwa razy, bo była taka potrzeba, a ja po prostu zagapiłem się i nie zrobiłem nowego. Większość chlebów jakie zrobiłem pochodziły z przepisów Liski z pracowni wypieków oraz Tatter. Jednak na przełomie grudnia i stycznia w Polsce ukazała się książka Jeffreya Hamelmana „Chleb”. Jak mówi Liska, która pracowała przy adaptacji przepisów na język polski, jest to „biblia chleba”. Książka jest cudowna i jest w niej po prostu wszystko co trzeba wiedzieć, umieć, posiadać jeżeli postanawiamy robić chleb. Poniżej pierwszy chleb z książki, który do tej pory zrobiłem. Jest Pain au levain, czyli chleb na zakwasie, a jak mówi moja Jancia „lepszy niż ten z Krościenka”. Jest to najwyższy komplement jakim można określić dobry chleb, kto jadł wie o czy mówię.

UWAGA! Cały proces robienia chleba, bez przygotowywania zakwasu, trwa w sumie 18 godzin, razem z zakwasem trzeba doliczyć kolejne od 8 do 12 godzin. Konieczne zatem jest zaplanowanie sobie całego procesu wcześniej, tak aby chleb był naprawdę pyszny. Musimy w to włożyć serce, bo inaczej nie będzie zjadliwy. Proponuję wstawić zakwas poprzedniego dnia wieczorem, zaczyn rano dnia następnego i po południu robić już chleb.

Zaczyn
65 g mąki pszennej chlebowej (robiłem z mąki typu 650, albo z mąki pełnoziarnistej)
5 g mąki żytniej chlebowej
45 ml wody
1 łyżka dojrzałego zakwasu (ok. 15 g)

Chleb
375 g mąki pszennej chlebowej (u mnie typ 650 lub pełnoziarnista)
20 g mąki żytniej chlebowej
250 ml wody
10 g soli
Gotowy zaczyn, ale nie więcej niż 115 g


Na początku przygotowujemy zaczyn. Mieszamy oba rodzaje mąki z wodą i łyżką zakwasu i odstawiamy na 12 godzin w temperaturze około 21oC.
Po 12 godzinach w innej misie przygotowujemy ciasto. Mieszamy mąką pszenną z żytnią oraz z wodą. Mieszamy mikserem planetarnym lub ręką do połączenia się składników i odstawiam na 30 do 60 minut. Po tym czasie posypujemy ciasto solą i dodajemy łyżką zaczyn. Mieszamy przez około 2 minuty, tak aby wyszło elastyczne ciasto. Gotowe, odstawiamy na 2,5 godziny w pomieszczeniu o temperaturze 24-25oC.
Co 50 minut musimy ciasto złożyć. Proces ten możemy wykonać w różny sposób. Pierwszy jest dla leniwych, robimy to mikserem planetarny (nie polecam, wychodzi gorzej). Po prostu mieszamy ciasto 30 sekund. Drugi sposób polega na dość obfitym oprószeniu mąką stolnicy, tak aby ciasto się ni przykleiło i wyłożeniu na nią ciasta, stroną wierzchnią do dołu. Jak stwierdzić, która strona jest wierzchnia, na tym etapie po prostu ta, którą wybierzemy. Następnie bierzemy z prawej części ciasta około jego 1/3 i podnosimy do góry. Trzymając palcami ciasto, zarzucamy je na pozostałą część. Trzeba je dość energicznie „pacnąć” o resztę ciasta tak aby je odgazować, ale jednocześnie nie pozbawić całego powietrza. Jednocześnie uważamy, by do ciasta nie dostał się nadmiar surowej mąki, gdyż zniszczy on naszą pracę. Analogicznie robimy tak z częścią lewą, następnie z tą najbardziej od nas oddaloną, a na końcu z tą najbliżej naszego ciała. Teraz nasze ciasto ma już bardziej zaznaczony wierzch i dół. U dołu jest łączenie ciasta, zaś górą jest gładka część znajdująca się od strony stolnicy. Przenosimy ciasto do misy tak, aby było nam wygodniej przy następnym składaniu, to znaczy aby bez nadmiernych problemów znów ciasto wyłożyć wierzchem do stolnicy. Po 50 minutach ciasto znowu składamy i odstawiamy do końca czasu 2,5 godziny.
Złożone dwukrotnie ciasto przekładamy na oprószonego mąką koszyka do wyrastania pieczywa. Jeżeli nie mamy takiego koszyka możemy go zastąpić durszlakiem wyłożonym gazą lub czystą ściereczką i dodatkowo oprószony mąką. Tak przygotowane ciasto odstawiamy na 2,5 godziny do wyrastania.
Chleb pieczemy na kamieniu z parą wodną lub w garnku żeliwnym. O ile w pierwszym przypadku zbyt rzadkie ciasto nam się rozleje i wyjdzie bardzo płaski chleb o tyle w drugim nawet przy rzadkim cieście unikniemy tego problemu. Dodatkowo garnek tworzy bardziej zbliżone środowisko pieca chlebowego niż kamień i para wodna. Ja osobiście używam tej drugiej metody, gdyż chleb wychodzi wtedy po prostu lepszy. W obu przypadkach rozgrzewamy piekarnik do 240oC z kamieniem lub garnkiem w środku. Gdy piekarnik się nagrzeje, jeżeli używamy kamienia, kładziemy ciasto na kamień, a pod spodem wsadzamy blachę z wodą lub kostkami lodu, ewentualnie rozpylamy wodę w piekarniku. Chleb nacinamy żyletką i pieczemy 40-45 minut do uzyskania zarumienionej skórki. Jeżeli używamy garnka żeliwnego wkładamy ciasto do niego i przykrywamy pokrywą. Po 25 minutach odsłaniamy i dopiekamy kolejne 20 minut do uzyskania rumianej skórki. Chleb studzimy na kratce, a potem rozkoszujemy się chlebem lepszym niż ten z Krościenka z masłem lub suchym.
- Janek

wtorek, 22 kwietnia 2014

Suszone cudo, które zawsze się uda

Dzisiaj przepis na suszony schab. Miał to być przepis idealny na święta, choć już pora nie ta, ale zróbcie go kiedy tylko będziecie chcieli. Schab suszony to wynik moich poszukiwań za własną wędliną, która wiem z czego jest, a nie wymaga ani pieczenia, ani gotowania, ani wędzenia, ani też specjalnych warunków. Schab jest dobry już po czterech dniach samego suszenia, choć może suszyć się dłużej. Poniżej przedstawiam Wam dłuższy przepis, jednak każdą część można skrócić, ale o tym później. Zatem zapraszam.

Schab suszony w ziołach
1 kg schabu bez kości
0,5 szklanki cukru
0,5 szklanki soli
ulubione zioła
pieprz
czosnek
i co dusza zapragnie

Bierzemy schab, wycinamy błony i większe kawałki tłuszczu, myjemy. Wsadzamy do naczynia, obsypujemy 0,5 szklanki cukru i lekko nacieramy. Przykrywamy folią spożywczą lub aluminiową i wkładamy do lodówki. Po 24 godzinach odlewamy wodę która się wytworzy i wsadzamy z powrotem do lodówki. Po kolejnych 24 godzinach wyjmujemy schab, myjemy, osuszamy i obsypujemy 0,5 szklanki soli. Nacieramy, wkładamy do naczynia, pod folię i do lodówki. Następnego dnia odlewamy wodę. Dobę później myjemy schab, osuszamy go i przygotowujemy marynatę. W marynacie mogą znaleźć się zioła jakie tylko lubimy, pieprz, ostra papryka, rozgnieciony czosnek. Wcieramy marynatę w schab i na dobę ląduje on do lodówki. Po tym czasie wkładamy schab do pończochy i wieszamy w ciepłym przewiewnym miejscu. Schab jest gotowy  po około 4 dniach, ale kilka dodatkowych mu nie zaszkodzi, chociaż nam trudno było się oprzeć i jak tylko było można to go skosztowaliśmy.

W sumie cały proces według powyższego przepisu trwa 9 dni, jednak ja etap z cukrem i solą skróciłem do 36 godzin, tak że obsypuje go cukrem i dopiero po 36 godzinach odlewam wodę, ale też wtedy go myję, suszę i obsypuję solą. Analogicznie z solą skracam proces do 36 godzin. Jeżeli zaś chodzi o marynatę mój schab nie marynował się 24 godzin w lodówce, ale natarłem go oregano, suszoną papryką, suszonym czosnkiem i pieprzem i od razu włożyłem do pończochy. W efekcie cały proces skróciłem do 7 dni, ale schab i tak wyszedł super.


Na koniec chciałem Wam napisać, abyście eksperymentowali. O ile proporcje cukier/sól do schabu powinny być zachowane, o tyle zarówno z długością procesu jak i składnikami marynaty możecie eksperymentować, tak aby wyszło Wam coś autorsko pysznego. Satysfakcja z „wyprodukowania” własnej, suszonej, domowej wędliny będzie dodatkowym atutem całego procesu.

- Janek

czwartek, 10 kwietnia 2014

Suchy chleb, obite jabłka i warzywa z zupy, czyli co zrobić z resztkami?

Pamiętam, że jako dziecko cieszyłam się ogromnie, gdy potrafiłam zjeść całą gruszkę. Całą. Nawet z ogonkiem. Czułam się wtedy wyjątkowo. Jedynym problemem było dokładne wylizanie dłoni ze słodkiego gruszkowego soku, ale i z tym radziłam sobie śpiewająco. Próbowałam zrobić to samo z jabłkiem, ale komora nasienna była zbyt uciążliwa, bo wchodziła między zęby. Znacie to uczucie? Okropne, prawda? Dlatego dziś jestem w tym mistrzem i gruszki zjadam całe.
Moi Dziadkowie nigdy nie marnowali jedzenia. Na wszystko znalazło się wykorzystanie. Trzeba przyznać, mieli apetyt, a jak oni, to i ja, co zaowocowało tym, że mając niecałe 2 lata byłam już na diecie ( w książeczce zdrowia dziecka jest zapis "Dieta!!! Tylko jogurty!").Co nie zmienia faktu, że jedzenie na wsi nigdy nie było zmarnowane. Jak nie pies, to kaczki, jak nie kaczki, to świnie, a jak nie świnie, to koty. Taka kooperatywa. A suchy chleb oczywiście był dla konia. No, w domu Janka, on go zjadał. Do tej pory zajada się suchym chlebem, aż uszy mu się trzęsą.
Przedwczoraj wyrzuciliśmy całe pudełko pieczarek, bo spleśniały. Nasza koleżanka powiedziała "Grzyb na grzybie? Hardkor". To dało nam do myślenia. Jak to możliwe, że marnujemy jedzenie? My, którzy zostaliśmy nauczeni, że chleba nie można wyrzucić, a zupę z dziś zje się jutro, a nawet pojutrze?

We wtorek byłam na debacie, która poruszyła ten wszechobecny problem. W siedzibie Gazety Wyborczej omawianych było wiele kwestii. "Jem. Kupuję. Nie marnuję" zaczęło się od strony gospodarczej. Nie będę wymieniała wszystkich nazwisk osób, które się wypowiadały, bo nie widzę sensu. Ważne jest to, co chcę Wam przekazać.
Czy wiecie ile kilogramów jedzenia średnio wyrzucamy w ciągu roku?  50 kg na osobę. Może się wydawać, że w sumie to niewiele. Ale jak zaczniemy to podliczać wyjdą ciężkie tony zmarnowanej żywności. Badania wykazały, że 2 mln głodujących osób w Polsce uniknęły by głodu, gdyby każdy, kto wyrzuca oddał swoje 50 kg potrzebującym. I starczyło by jeszcze na zapasy.
Redaktorka GW zrobiła w swoim domu (trzyosobowa rodzina) eksperyment. Nie wyrzucała resztek, a w portfelu zostawało jej tygodniowo 150 zł więcej. Wg mnie bardzo dużo.

Gdy jeden z przedstawicieli Banków Żywności powiedział, że otrzymali 500 ton soków wycofanych ze sprzedaży tylko dlatego, że kartony zgrzały się w złym miejscu, szczęka mi opadła. No super, że dostali to biedni ludzie. Ale tylko dlatego, że opakowanie wyglądało nieco gorzej, producent postanowił wycofać towar ze sklepów?! Podobnie było z konserwami. Około 200 ton konserw z błędem na etykiecie. Jednym błędem i sruuu do kosza. Jeszcze do niedawna prawo nie było łaskawe dla darczyńców i jedzenie lądowało w śmietnikach. Dziś dawanie się chwali i ceni. Alleluja!

Siedziałam, słuchałam i zastanawiałam się dlaczego ja, dziecko wsi, które zostało nauczone jedzenia (prawie) wszystkiego, dopuszcza się marnowania pokarmów. Ja, o której mawiało się "Janka idzie, zamykaj lodówkę". Na szczęście było i o tym. Najczęstsze powody marnowania  żywności, to: kupowanie bez przemyślenia i listy, często będąc głodnym; kupowanie po okazyjnych cenach, 2 w cenie 1; kupowanie dużego opakowania, bo jest tańsze; nie jesteśmy nauczeni, że można wykorzystać resztki; jemy na mieście, mając pełną lodówkę, po prostu nie mamy czasu zjeść tego wszystkiego. A najczęstszy nasz błąd? Branie z półek w pośpiechu, już pod koniec latania z koszykiem po sklepie "A jeszcze to wezmę. O! Promocja! Nooo, opłaca się!" Mój wniosek jest prosty - wszystko się skumulowało. Ale teraz, wiedząc, że 1 kcal zmarnowanego jedzenia, to tak naprawdę 11 kcal, bo dodatkowe 10 kcal to koszty produkcji, czyli woda, energia i usługi ekosystemów. Choć czasem dziwnie patrzę na ludzi z Greenpeace, to dziś ich przedstawicielka mówiła naprawdę mądre rzeczy. I już zaczynam dostrzegać w tym głębszy sens. Bo jak pani w dredach powiedziała "nie dostaniemy w supermarketach brzydkich i niewymiarowych warzyw i owoców, bo supermarkety kładą nacisk na ładne, gładkie, jak z reklamy produkty". Bardzo podobało mi się porównanie tego zjawiska z wszędobylskimi reklamami idealnych ciał i twarzy bez zmarszczek. Świat jakoś się pogubił z tym pięknem. I jak zauważyła pani Marta Gessler, nie ma mowy o smaku podczas zakupów. Liczy się wygląd. A on często nasz oszukuje. Tematu ciała i warzyw nie pociągnęli, a szkoda, bo lubię takie rozkminy.
Ale padło wiele pomysłów, jak pozbyć się tego paskudnego nawyku, obecnego zwłaszcza u dzieci, które wyrzucają do szkolnych koszy kanapki.
Po pierwsze - oczywiście edukacja. Na przykład w szkole. Ciekawie brzmi pomysł na uczenie dzieci, tak jak robi to jedna pani (nie zapisałam nazwiska). Organizuje warsztaty kulinarne w szkołach. Jeździ tam i z dzieciakami przyrządza ciekawe dla nich, potrawy. Zwróciła uwagę na to, że nie wszyscy nauczyciele chcą próbować potraw z kaszy czy szpinaku. Podobnie jest w domach tych dzieci. "Bo czym skorupka za młodu..". Inna pani powiedziała, że u niej każdy sam nakłada sobie obiad. Na stole są miski z jedzeniem, nie ma wydzielonych porcji. To eliminuje nadmiar jedzenia, serwowany zwłaszcza dzieciom. Jeszcze inna pani wspomniała, że w jednej z warszawskich szkół jest "dzień razowego pieczywa" i ten kto chce, przynosi kanapki z ciemnym wypiekiem. Ponoć wielu chce.
W angielskich szkołach są specjalne miejsca, gdzie można odłożyć jedzenie, którego uczeń nie zje. Ten kto ma ochotę, częstuje się nim. W Polsce nie ma takiej tradycji, częściej spotka się "dasz gryza?" Jedna z mam chwaliła się swoimi licznymi triumfami w konkursie na najlepszą kanapkę w szkole. Moim zdaniem super pomysł. Mniej batoników, więcej odżywiania. Padł pomysł, by wprowadzić do szkół obowiązkowy przedmiot Edukacja Żywieniowa. Nie mam jeszcze dzieci, ale chciałabym, żeby posiadały wiedzę na ten temat.
Pani Gessler wspomniała, że jeszcze za rzadko prosimy o zapakowanie niedojedzonych dań w restauracji. Dla niej to zaszczyt, że mamy ochotę dojeść to w domu. My spotkaliśmy się z takim pakowaniem resztek w restauracji, którą wybraliśmy na obiad weselny. Przy 30 gościach resztek było sporo, a były tak dobre, że naprawdę szkoda było je zostawić. Obsługa sama zadbała, by nam to zapakować i przypomnieć o wzięciu. Dlatego pytajmy czy zapakują nam niedojedzoną pizzę czy makaron. Fajnie czasem przekąsić coś w nocy. Warto też zwracać uwagę czy na opakowaniu napisane jest "Najlepiej spożyć do" czy "Należy spożyć do". W pierwszym przypadku można spokojnie zjeść po terminie ważności taki produkt, może on mieć mniejsze wartości odżywcze. Tam gdzie "należy" no to po prostu należy. Ja się przyznam, że od niedawna i w drugim przypadku zdarza mi się zjadać np. jogurty, bo po otwarciu stwierdzam, że nie są zepsute. I choć należało spożyć je dwa dni wcześniej, to nic mi nie było i miałam się świetnie.
Jeśli chcemy zaoszczędzić, postanówmy sobie dziś jedną rzecz. Mówią, że niemarnowanie jedzenia to rzecz naprawdę trudna. Może zacznijmy uprawiać smart shopping, gdzie lista i pełen brzuch to obowiązek?Albo pomyślmy co zrobić z resztek, szukajmy inspiracji.
Mięso z zupy? Zrób pierogi (ja właśnie zajadam się z różowym farszem, bo zostały żeberka z czerwonego barszczu. Czarny banan? Zrób sobie koktajl. Resztki zeschniętego makaronu? Dodaj warzywa i voila - sałatka gotowa. Poobijane owoce przesmaż i zawekuj, będą do naleśników albo na prezenty dla znajomych. Te własnoręcznie zrobione są przecież najmilsze! Masz już dość jedzenia rosołu trzeci dzień z rzędu? Zawekuj, zrób kostki rosołowe w pojemniku na lód. Natka pietruszki marnieje? Możesz ją zamrozić. Podobnie inne zioła, ciasta, obiady, żółtka, białka, farsze. Drożdże zaraz się przeterminują? Wsadź do zamrażalnika i zostaw karteczkę na lodówce "drożdże w zamrażarce". Masz cebulę, która puszcza szczypior?

Wsadź ją w doniczkę. Po co kupować pęczek szczypiorku za 2 zł i połowę z tego zmarnować.Nie wiedziałam, że z 1 kg ziemniaków około 40 dag to obierki. Nieco mniej z pietruszki i marchwi. Ale i z tego można zrobić super przekąski. Przyprawiamy ziołami i siup do piekarnika.


Te zrobione są przez panią Martę Gessler i bardzo mi posmakowały.
 Podczas rozmowy wspomniano o Jamie Olivierze, który w Wielkiej Brytanii robi żywieniowe rewolucje w szkołach. Jako, że jest on jednym z naszych guru, staramy się mieć wszystkie jego książki. No i kupiliśmy ostatnio najnowszą, która jeszcze nie ukazała się w Polsce "Save with Jamie".


Jeśli traficie na nią np. w TK Max, to wiedzcie, że jesteście szczęściarzami, bo te książki rozchodzą się jak świeże bułeczki. Być może pani Gessler też wyda takową? Fajnie by było. A ja póki co idę zrobić kompot z miękkich jabłek. I trzymam się tego co zostało powiedziane na sam koniec: "Wielkie przepisy powstały z resztek. Taka sałatka Cezar. Facetowi zostały grzanki i sałatkę wymyślił!".

- Marta