środa, 7 maja 2014

Babeczki brownie



Wszystko zaczęło się od spotkania u naszych znajomych, na którym zjadłam najlepsze brownie na świecie. Nie zdziwiło mnie to, że przepis na nie pochodzi z Kwestii Smaku (http://www.kwestiasmaku.com/desery/ciasta/czekoladowe_brownie/przepis.html). Asiu, to istna pychota! Któregoś dnia postanowiłam zrobić z ciasta babeczki. Inspiracja była zaufana, byłam pewna, że wyjdą wyśmienicie. Do mojej wersji dodałam wiśnie z kompotu w sam środek foremek. Po upieczeniu wyglądały ekstra. Po wystudzeniu...no cóż - licho. Wszystko przez to, że woda wypłynęła z wiśni i zmieniła gęstość masy. W efekcie powstał dołek na środku. Ale pewna tego, że smakują wyśmienicie, szukałam pomysłu, jak je zreperować. Wklęśnięta babeczka z odstającym cycuszkiem z małej wisienki, no, myślałam, że zapadnę się pod ziemię, jeśli ktoś to zobaczy. Na pomoc przyszła bita śmietana! Wszystko uratowane, można częstować! Według jednej z moich znajomych są to "mikroorgazmy". Chyba coś jest na rzeczy, bo większość ludzi po zjedzeniu jednej babeczki miało niekontrolowane wybuchy śmiechu, łącznie z płaczem.
Jak je zrobiłam?
Ogólnie trzymałam się przepisu Asi, który widnieje na jej stronie. Nie chciałam drastycznie zmieniać przepisu, bo jest on prosty i naprawdę idealny. 

Przepis na około 12-14 babeczek (w zależności od wielkości foremek)

3 gorzkie czekolady
kostka masła
3 jajka
1/2 opakowania cukru waniliowego
250 g cukru
130 g mąki
1/4 łyżeczki soli
około 14 wiśni ze słoika
bita śmietana

W garnku rozpuściłam 2 czekolady i masło. Odstawiłam, żeby ostygło. Jajka ubiłam z cukrem i cukrem waniliowym na puch. Następnie dodałam ostudzone masło czekoladowe i wymieszałam wszystko, tak by była jednolita masa. Przesiałam do tego mąkę z solą i znów na wolnych obrotach wymieszałam. 
Nakładałam do foremek do ok. 3/4 ich wysokości. W środek każdej babeczki wsadziłam po 1 wiśni, tak by nie wypłynęły na powierzchnię. Posypałam wierzch startą czekoladą, 
Piekłam w temp. 160 stop. przez 15-17 minut.
Przed podaniem udekorowałam je bitą śmietaną. 


Oj, jak mi się już za nimi tęskni. Lecę po masło do sklepu, będą idealne przed dzisiejszym treningiem tabaty :)

- Marta

sobota, 3 maja 2014

Pain au levain z przepisu Jeffreya Hamelmana




Chleb, najcudowniejszy wypiek, który wymyślił człowiek. Na pewno jest to mój drugi nałóg po wcześniej wspominanej soli, a może i bije go na głowę. Nie ma nic lepszego niż pajda świeżego chleba (taka o 12 centymetrach grubości) czasem z masłem i odrobiną soli, czasem sama, sucha. Oj tak świeży chleb to jest to. Uwielbiam też ten czerstwy jak już przypomina trochę sucharki i można go tak fajnie pochrupać. Mimo, że stosuję dietę z powodu alergii, a przynajmniej się staram i glutenu nie powinienem jeść, to tej jednej rzeczy nie potrafiłbym sobie odmówić. Nie potrafię żyć bez chleba.
Mieszkając w Warszawie jednak trudno znaleźć wypiek, który można uznać za dobry chleb, a jednocześnie nie będzie on drenował kieszeni. Mało tego warunki w naszym domu są takie a nie inne i nie znaleźliśmy do tej pory chleba, który by najzwyczajniej w świecie się zsechł, wszystkie pleśnieją. Obojętnie czy na zakwasie, na zaczynie, na drożdżach czy Bóg wie jeszcze na czym, zawsze znajdowaliśmy na nim odrobinę zielono-białego futerka. Ale w lipcu byliśmy u przyjaciół i jedliśmy tam wypiek pani domu , który zrobiła na swoim zakwasie. Oj co to był za chleb, a zniknął w błyskawicznym tempie.
Po tym wszystkim chciałem zacząć piec swój. I tak znalazłem przepis na zakwas wg. metody Hamelmana, a po 7 dniach byłem gotowy do pieczenia. Od lipca zeszłego roku do dnia dzisiejszego kupiliśmy chleb tylko dwa razy, bo była taka potrzeba, a ja po prostu zagapiłem się i nie zrobiłem nowego. Większość chlebów jakie zrobiłem pochodziły z przepisów Liski z pracowni wypieków oraz Tatter. Jednak na przełomie grudnia i stycznia w Polsce ukazała się książka Jeffreya Hamelmana „Chleb”. Jak mówi Liska, która pracowała przy adaptacji przepisów na język polski, jest to „biblia chleba”. Książka jest cudowna i jest w niej po prostu wszystko co trzeba wiedzieć, umieć, posiadać jeżeli postanawiamy robić chleb. Poniżej pierwszy chleb z książki, który do tej pory zrobiłem. Jest Pain au levain, czyli chleb na zakwasie, a jak mówi moja Jancia „lepszy niż ten z Krościenka”. Jest to najwyższy komplement jakim można określić dobry chleb, kto jadł wie o czy mówię.

UWAGA! Cały proces robienia chleba, bez przygotowywania zakwasu, trwa w sumie 18 godzin, razem z zakwasem trzeba doliczyć kolejne od 8 do 12 godzin. Konieczne zatem jest zaplanowanie sobie całego procesu wcześniej, tak aby chleb był naprawdę pyszny. Musimy w to włożyć serce, bo inaczej nie będzie zjadliwy. Proponuję wstawić zakwas poprzedniego dnia wieczorem, zaczyn rano dnia następnego i po południu robić już chleb.

Zaczyn
65 g mąki pszennej chlebowej (robiłem z mąki typu 650, albo z mąki pełnoziarnistej)
5 g mąki żytniej chlebowej
45 ml wody
1 łyżka dojrzałego zakwasu (ok. 15 g)

Chleb
375 g mąki pszennej chlebowej (u mnie typ 650 lub pełnoziarnista)
20 g mąki żytniej chlebowej
250 ml wody
10 g soli
Gotowy zaczyn, ale nie więcej niż 115 g


Na początku przygotowujemy zaczyn. Mieszamy oba rodzaje mąki z wodą i łyżką zakwasu i odstawiamy na 12 godzin w temperaturze około 21oC.
Po 12 godzinach w innej misie przygotowujemy ciasto. Mieszamy mąką pszenną z żytnią oraz z wodą. Mieszamy mikserem planetarnym lub ręką do połączenia się składników i odstawiam na 30 do 60 minut. Po tym czasie posypujemy ciasto solą i dodajemy łyżką zaczyn. Mieszamy przez około 2 minuty, tak aby wyszło elastyczne ciasto. Gotowe, odstawiamy na 2,5 godziny w pomieszczeniu o temperaturze 24-25oC.
Co 50 minut musimy ciasto złożyć. Proces ten możemy wykonać w różny sposób. Pierwszy jest dla leniwych, robimy to mikserem planetarny (nie polecam, wychodzi gorzej). Po prostu mieszamy ciasto 30 sekund. Drugi sposób polega na dość obfitym oprószeniu mąką stolnicy, tak aby ciasto się ni przykleiło i wyłożeniu na nią ciasta, stroną wierzchnią do dołu. Jak stwierdzić, która strona jest wierzchnia, na tym etapie po prostu ta, którą wybierzemy. Następnie bierzemy z prawej części ciasta około jego 1/3 i podnosimy do góry. Trzymając palcami ciasto, zarzucamy je na pozostałą część. Trzeba je dość energicznie „pacnąć” o resztę ciasta tak aby je odgazować, ale jednocześnie nie pozbawić całego powietrza. Jednocześnie uważamy, by do ciasta nie dostał się nadmiar surowej mąki, gdyż zniszczy on naszą pracę. Analogicznie robimy tak z częścią lewą, następnie z tą najbardziej od nas oddaloną, a na końcu z tą najbliżej naszego ciała. Teraz nasze ciasto ma już bardziej zaznaczony wierzch i dół. U dołu jest łączenie ciasta, zaś górą jest gładka część znajdująca się od strony stolnicy. Przenosimy ciasto do misy tak, aby było nam wygodniej przy następnym składaniu, to znaczy aby bez nadmiernych problemów znów ciasto wyłożyć wierzchem do stolnicy. Po 50 minutach ciasto znowu składamy i odstawiamy do końca czasu 2,5 godziny.
Złożone dwukrotnie ciasto przekładamy na oprószonego mąką koszyka do wyrastania pieczywa. Jeżeli nie mamy takiego koszyka możemy go zastąpić durszlakiem wyłożonym gazą lub czystą ściereczką i dodatkowo oprószony mąką. Tak przygotowane ciasto odstawiamy na 2,5 godziny do wyrastania.
Chleb pieczemy na kamieniu z parą wodną lub w garnku żeliwnym. O ile w pierwszym przypadku zbyt rzadkie ciasto nam się rozleje i wyjdzie bardzo płaski chleb o tyle w drugim nawet przy rzadkim cieście unikniemy tego problemu. Dodatkowo garnek tworzy bardziej zbliżone środowisko pieca chlebowego niż kamień i para wodna. Ja osobiście używam tej drugiej metody, gdyż chleb wychodzi wtedy po prostu lepszy. W obu przypadkach rozgrzewamy piekarnik do 240oC z kamieniem lub garnkiem w środku. Gdy piekarnik się nagrzeje, jeżeli używamy kamienia, kładziemy ciasto na kamień, a pod spodem wsadzamy blachę z wodą lub kostkami lodu, ewentualnie rozpylamy wodę w piekarniku. Chleb nacinamy żyletką i pieczemy 40-45 minut do uzyskania zarumienionej skórki. Jeżeli używamy garnka żeliwnego wkładamy ciasto do niego i przykrywamy pokrywą. Po 25 minutach odsłaniamy i dopiekamy kolejne 20 minut do uzyskania rumianej skórki. Chleb studzimy na kratce, a potem rozkoszujemy się chlebem lepszym niż ten z Krościenka z masłem lub suchym.
- Janek

wtorek, 22 kwietnia 2014

Suszone cudo, które zawsze się uda

Dzisiaj przepis na suszony schab. Miał to być przepis idealny na święta, choć już pora nie ta, ale zróbcie go kiedy tylko będziecie chcieli. Schab suszony to wynik moich poszukiwań za własną wędliną, która wiem z czego jest, a nie wymaga ani pieczenia, ani gotowania, ani wędzenia, ani też specjalnych warunków. Schab jest dobry już po czterech dniach samego suszenia, choć może suszyć się dłużej. Poniżej przedstawiam Wam dłuższy przepis, jednak każdą część można skrócić, ale o tym później. Zatem zapraszam.

Schab suszony w ziołach
1 kg schabu bez kości
0,5 szklanki cukru
0,5 szklanki soli
ulubione zioła
pieprz
czosnek
i co dusza zapragnie

Bierzemy schab, wycinamy błony i większe kawałki tłuszczu, myjemy. Wsadzamy do naczynia, obsypujemy 0,5 szklanki cukru i lekko nacieramy. Przykrywamy folią spożywczą lub aluminiową i wkładamy do lodówki. Po 24 godzinach odlewamy wodę która się wytworzy i wsadzamy z powrotem do lodówki. Po kolejnych 24 godzinach wyjmujemy schab, myjemy, osuszamy i obsypujemy 0,5 szklanki soli. Nacieramy, wkładamy do naczynia, pod folię i do lodówki. Następnego dnia odlewamy wodę. Dobę później myjemy schab, osuszamy go i przygotowujemy marynatę. W marynacie mogą znaleźć się zioła jakie tylko lubimy, pieprz, ostra papryka, rozgnieciony czosnek. Wcieramy marynatę w schab i na dobę ląduje on do lodówki. Po tym czasie wkładamy schab do pończochy i wieszamy w ciepłym przewiewnym miejscu. Schab jest gotowy  po około 4 dniach, ale kilka dodatkowych mu nie zaszkodzi, chociaż nam trudno było się oprzeć i jak tylko było można to go skosztowaliśmy.

W sumie cały proces według powyższego przepisu trwa 9 dni, jednak ja etap z cukrem i solą skróciłem do 36 godzin, tak że obsypuje go cukrem i dopiero po 36 godzinach odlewam wodę, ale też wtedy go myję, suszę i obsypuję solą. Analogicznie z solą skracam proces do 36 godzin. Jeżeli zaś chodzi o marynatę mój schab nie marynował się 24 godzin w lodówce, ale natarłem go oregano, suszoną papryką, suszonym czosnkiem i pieprzem i od razu włożyłem do pończochy. W efekcie cały proces skróciłem do 7 dni, ale schab i tak wyszedł super.


Na koniec chciałem Wam napisać, abyście eksperymentowali. O ile proporcje cukier/sól do schabu powinny być zachowane, o tyle zarówno z długością procesu jak i składnikami marynaty możecie eksperymentować, tak aby wyszło Wam coś autorsko pysznego. Satysfakcja z „wyprodukowania” własnej, suszonej, domowej wędliny będzie dodatkowym atutem całego procesu.

- Janek

czwartek, 10 kwietnia 2014

Suchy chleb, obite jabłka i warzywa z zupy, czyli co zrobić z resztkami?

Pamiętam, że jako dziecko cieszyłam się ogromnie, gdy potrafiłam zjeść całą gruszkę. Całą. Nawet z ogonkiem. Czułam się wtedy wyjątkowo. Jedynym problemem było dokładne wylizanie dłoni ze słodkiego gruszkowego soku, ale i z tym radziłam sobie śpiewająco. Próbowałam zrobić to samo z jabłkiem, ale komora nasienna była zbyt uciążliwa, bo wchodziła między zęby. Znacie to uczucie? Okropne, prawda? Dlatego dziś jestem w tym mistrzem i gruszki zjadam całe.
Moi Dziadkowie nigdy nie marnowali jedzenia. Na wszystko znalazło się wykorzystanie. Trzeba przyznać, mieli apetyt, a jak oni, to i ja, co zaowocowało tym, że mając niecałe 2 lata byłam już na diecie ( w książeczce zdrowia dziecka jest zapis "Dieta!!! Tylko jogurty!").Co nie zmienia faktu, że jedzenie na wsi nigdy nie było zmarnowane. Jak nie pies, to kaczki, jak nie kaczki, to świnie, a jak nie świnie, to koty. Taka kooperatywa. A suchy chleb oczywiście był dla konia. No, w domu Janka, on go zjadał. Do tej pory zajada się suchym chlebem, aż uszy mu się trzęsą.
Przedwczoraj wyrzuciliśmy całe pudełko pieczarek, bo spleśniały. Nasza koleżanka powiedziała "Grzyb na grzybie? Hardkor". To dało nam do myślenia. Jak to możliwe, że marnujemy jedzenie? My, którzy zostaliśmy nauczeni, że chleba nie można wyrzucić, a zupę z dziś zje się jutro, a nawet pojutrze?

We wtorek byłam na debacie, która poruszyła ten wszechobecny problem. W siedzibie Gazety Wyborczej omawianych było wiele kwestii. "Jem. Kupuję. Nie marnuję" zaczęło się od strony gospodarczej. Nie będę wymieniała wszystkich nazwisk osób, które się wypowiadały, bo nie widzę sensu. Ważne jest to, co chcę Wam przekazać.
Czy wiecie ile kilogramów jedzenia średnio wyrzucamy w ciągu roku?  50 kg na osobę. Może się wydawać, że w sumie to niewiele. Ale jak zaczniemy to podliczać wyjdą ciężkie tony zmarnowanej żywności. Badania wykazały, że 2 mln głodujących osób w Polsce uniknęły by głodu, gdyby każdy, kto wyrzuca oddał swoje 50 kg potrzebującym. I starczyło by jeszcze na zapasy.
Redaktorka GW zrobiła w swoim domu (trzyosobowa rodzina) eksperyment. Nie wyrzucała resztek, a w portfelu zostawało jej tygodniowo 150 zł więcej. Wg mnie bardzo dużo.

Gdy jeden z przedstawicieli Banków Żywności powiedział, że otrzymali 500 ton soków wycofanych ze sprzedaży tylko dlatego, że kartony zgrzały się w złym miejscu, szczęka mi opadła. No super, że dostali to biedni ludzie. Ale tylko dlatego, że opakowanie wyglądało nieco gorzej, producent postanowił wycofać towar ze sklepów?! Podobnie było z konserwami. Około 200 ton konserw z błędem na etykiecie. Jednym błędem i sruuu do kosza. Jeszcze do niedawna prawo nie było łaskawe dla darczyńców i jedzenie lądowało w śmietnikach. Dziś dawanie się chwali i ceni. Alleluja!

Siedziałam, słuchałam i zastanawiałam się dlaczego ja, dziecko wsi, które zostało nauczone jedzenia (prawie) wszystkiego, dopuszcza się marnowania pokarmów. Ja, o której mawiało się "Janka idzie, zamykaj lodówkę". Na szczęście było i o tym. Najczęstsze powody marnowania  żywności, to: kupowanie bez przemyślenia i listy, często będąc głodnym; kupowanie po okazyjnych cenach, 2 w cenie 1; kupowanie dużego opakowania, bo jest tańsze; nie jesteśmy nauczeni, że można wykorzystać resztki; jemy na mieście, mając pełną lodówkę, po prostu nie mamy czasu zjeść tego wszystkiego. A najczęstszy nasz błąd? Branie z półek w pośpiechu, już pod koniec latania z koszykiem po sklepie "A jeszcze to wezmę. O! Promocja! Nooo, opłaca się!" Mój wniosek jest prosty - wszystko się skumulowało. Ale teraz, wiedząc, że 1 kcal zmarnowanego jedzenia, to tak naprawdę 11 kcal, bo dodatkowe 10 kcal to koszty produkcji, czyli woda, energia i usługi ekosystemów. Choć czasem dziwnie patrzę na ludzi z Greenpeace, to dziś ich przedstawicielka mówiła naprawdę mądre rzeczy. I już zaczynam dostrzegać w tym głębszy sens. Bo jak pani w dredach powiedziała "nie dostaniemy w supermarketach brzydkich i niewymiarowych warzyw i owoców, bo supermarkety kładą nacisk na ładne, gładkie, jak z reklamy produkty". Bardzo podobało mi się porównanie tego zjawiska z wszędobylskimi reklamami idealnych ciał i twarzy bez zmarszczek. Świat jakoś się pogubił z tym pięknem. I jak zauważyła pani Marta Gessler, nie ma mowy o smaku podczas zakupów. Liczy się wygląd. A on często nasz oszukuje. Tematu ciała i warzyw nie pociągnęli, a szkoda, bo lubię takie rozkminy.
Ale padło wiele pomysłów, jak pozbyć się tego paskudnego nawyku, obecnego zwłaszcza u dzieci, które wyrzucają do szkolnych koszy kanapki.
Po pierwsze - oczywiście edukacja. Na przykład w szkole. Ciekawie brzmi pomysł na uczenie dzieci, tak jak robi to jedna pani (nie zapisałam nazwiska). Organizuje warsztaty kulinarne w szkołach. Jeździ tam i z dzieciakami przyrządza ciekawe dla nich, potrawy. Zwróciła uwagę na to, że nie wszyscy nauczyciele chcą próbować potraw z kaszy czy szpinaku. Podobnie jest w domach tych dzieci. "Bo czym skorupka za młodu..". Inna pani powiedziała, że u niej każdy sam nakłada sobie obiad. Na stole są miski z jedzeniem, nie ma wydzielonych porcji. To eliminuje nadmiar jedzenia, serwowany zwłaszcza dzieciom. Jeszcze inna pani wspomniała, że w jednej z warszawskich szkół jest "dzień razowego pieczywa" i ten kto chce, przynosi kanapki z ciemnym wypiekiem. Ponoć wielu chce.
W angielskich szkołach są specjalne miejsca, gdzie można odłożyć jedzenie, którego uczeń nie zje. Ten kto ma ochotę, częstuje się nim. W Polsce nie ma takiej tradycji, częściej spotka się "dasz gryza?" Jedna z mam chwaliła się swoimi licznymi triumfami w konkursie na najlepszą kanapkę w szkole. Moim zdaniem super pomysł. Mniej batoników, więcej odżywiania. Padł pomysł, by wprowadzić do szkół obowiązkowy przedmiot Edukacja Żywieniowa. Nie mam jeszcze dzieci, ale chciałabym, żeby posiadały wiedzę na ten temat.
Pani Gessler wspomniała, że jeszcze za rzadko prosimy o zapakowanie niedojedzonych dań w restauracji. Dla niej to zaszczyt, że mamy ochotę dojeść to w domu. My spotkaliśmy się z takim pakowaniem resztek w restauracji, którą wybraliśmy na obiad weselny. Przy 30 gościach resztek było sporo, a były tak dobre, że naprawdę szkoda było je zostawić. Obsługa sama zadbała, by nam to zapakować i przypomnieć o wzięciu. Dlatego pytajmy czy zapakują nam niedojedzoną pizzę czy makaron. Fajnie czasem przekąsić coś w nocy. Warto też zwracać uwagę czy na opakowaniu napisane jest "Najlepiej spożyć do" czy "Należy spożyć do". W pierwszym przypadku można spokojnie zjeść po terminie ważności taki produkt, może on mieć mniejsze wartości odżywcze. Tam gdzie "należy" no to po prostu należy. Ja się przyznam, że od niedawna i w drugim przypadku zdarza mi się zjadać np. jogurty, bo po otwarciu stwierdzam, że nie są zepsute. I choć należało spożyć je dwa dni wcześniej, to nic mi nie było i miałam się świetnie.
Jeśli chcemy zaoszczędzić, postanówmy sobie dziś jedną rzecz. Mówią, że niemarnowanie jedzenia to rzecz naprawdę trudna. Może zacznijmy uprawiać smart shopping, gdzie lista i pełen brzuch to obowiązek?Albo pomyślmy co zrobić z resztek, szukajmy inspiracji.
Mięso z zupy? Zrób pierogi (ja właśnie zajadam się z różowym farszem, bo zostały żeberka z czerwonego barszczu. Czarny banan? Zrób sobie koktajl. Resztki zeschniętego makaronu? Dodaj warzywa i voila - sałatka gotowa. Poobijane owoce przesmaż i zawekuj, będą do naleśników albo na prezenty dla znajomych. Te własnoręcznie zrobione są przecież najmilsze! Masz już dość jedzenia rosołu trzeci dzień z rzędu? Zawekuj, zrób kostki rosołowe w pojemniku na lód. Natka pietruszki marnieje? Możesz ją zamrozić. Podobnie inne zioła, ciasta, obiady, żółtka, białka, farsze. Drożdże zaraz się przeterminują? Wsadź do zamrażalnika i zostaw karteczkę na lodówce "drożdże w zamrażarce". Masz cebulę, która puszcza szczypior?

Wsadź ją w doniczkę. Po co kupować pęczek szczypiorku za 2 zł i połowę z tego zmarnować.Nie wiedziałam, że z 1 kg ziemniaków około 40 dag to obierki. Nieco mniej z pietruszki i marchwi. Ale i z tego można zrobić super przekąski. Przyprawiamy ziołami i siup do piekarnika.


Te zrobione są przez panią Martę Gessler i bardzo mi posmakowały.
 Podczas rozmowy wspomniano o Jamie Olivierze, który w Wielkiej Brytanii robi żywieniowe rewolucje w szkołach. Jako, że jest on jednym z naszych guru, staramy się mieć wszystkie jego książki. No i kupiliśmy ostatnio najnowszą, która jeszcze nie ukazała się w Polsce "Save with Jamie".


Jeśli traficie na nią np. w TK Max, to wiedzcie, że jesteście szczęściarzami, bo te książki rozchodzą się jak świeże bułeczki. Być może pani Gessler też wyda takową? Fajnie by było. A ja póki co idę zrobić kompot z miękkich jabłek. I trzymam się tego co zostało powiedziane na sam koniec: "Wielkie przepisy powstały z resztek. Taka sałatka Cezar. Facetowi zostały grzanki i sałatkę wymyślił!".

- Marta



niedziela, 16 marca 2014

Precle warszawskie




Od dzieciństwa lubiłem dwie rzeczy: cukier i sól. Wiem, że jedno i drugie to zło, ale co poradzić, że mnie ciągnęło. Potrafiłem nasypać pół szklanki cukru, zalać to wodą i wypić. Jeżeli zaś chodzi o sól, to z wycieczki do Wieliczki, gdy byliśmy mali, przywieźliśmy małą skałę solną na podstawce, a moja siostra miała serduszko z soli. W ciągu roku zlizałem całe serduszko, a z czasem i bryłę solną z podstawki, choć ona zajęła mi więcej czasu. Najlepszy zaś czas w roku to były oczywiście wakacje i ferie. Zawsze wtedy jeździliśmy w góry z przesiadką w Krakowie. Mama kupowała bajgle krakowskie, a ja uwielbiałem te z solą i potrafiłem zjeść ich tyle, że język mi stawał dęba. Z czasem z tego wyrosłem, cukru już tyle nie jem, ale co jakiś czas nachodzi mnie ochota na sól. Bajgle krakowskie można u nas kupić, ale jakoś nigdy nie ma okazji. Dlatego też wymyśliłem, że będę je robił sam, a właściwie będę robił precle. Trochę poczytałem i stworzyłem własny przepis. Dzięki kąpieli sodowej, precle smakują podobnie jak paluszki. Z przepisu wychodzi około 10 precli.

Ciasto
0,5 kg mąki pszennej (może być chlebowa)
6 dag świeżych drożdży
0,5 szklanki wody
0,5 szklanki mleka
1 jajko
80 g masła ew. oleju
5 łyżek cukru
szczypta soli
gruboziarnista sól, sezam, mak

Kąpiel sodowa
2 l wody
5 łyżek sody oczyszczonej

W misie mieszamy mąkę, 4 łyżki cukru, sól i miękkie masło. Do małego garnuszka wlewamy mleko i dodajemy pół szklanki wody. Podgrzewamy stale kontrolując. Woda z mlekiem ma być tylko odrobinę ciepła. Gdy już się podgrzeje kruszymy drożdże, wsypujemy łyżkę cukru i drobinę mieszamy. Odstawiamy zaczyn, w ciepłe miejsce na ok. 15 minut aż podrośnie. W tym czasie wbijamy do misy z mąką jajko. Gdy drożdże podrosną, wlewamy zaczyn do misy i mieszamy. Robimy to przez około 5 minut. Ja robię ciasto w mikserze, ale gotowe jest wtedy gdy osiągniemy gładką, odchodzącą od ręki i misy konsystencję. Gotowe ciasto odstawiamy w ciepłe miejsce, do wyrośnięcia, na dwie godziny. Ciasto powinno podwoić objętość. Rozgrzewamy piekarnik do 200oC. Z gotowego ciasta, odrywamy kawałek, formujemy w długi cienki wałek i zawijamy. W tym czasie do garnka wlewamy dwa litry wody, dosypujemy sodę oczyszczoną i wstawiamy i zagotowujemy. Gotowe, zwinięte precle, wrzucamy w kolejności, w której je przygotowaliśmy, do gotującej się wody z sodą. Najlepiej, będzie to robić pojedynczo. Precle powinny gotować się około 30-40 sekund. Po wyjęciu ich, kładziemy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i posypujemy solą, makiem lub sezamem. Pieczemy w nagrzanym piekarniku przez 20 minut. Gotowe precle studzimy na kratce.


 Smacznego! 
- Janek

środa, 5 marca 2014

Obiad z resztek, czyli pierogi ze szpinakiem


Jancia wyjechała w zeszłym tygodniu do Krakowa, a ja zostałem sam i nie za bardzo chciało mi się wędrować do sklepu. Jednak przyszedł weekend, a mi w lodówce zostały śledzie, tran, zakwas, jogurt, mleko, ser biały i ser kozi. Zajrzałem do zamrażarki i tam wygrzebałem z czeluści mrożony szpinak. Wpadłem więc na pomysł, żeby wykorzystać ser kozi i szpinak  i zrobić pierogi. Przy okazji odkryłem, że to co dotąd sądziłem, że nie lubię gotować tylko dla siebie, nie jest prawdą, bo chętnie wyżywałem się w tej produkcji, a i potańczyłem  lepiąc je do dźwięków płynących z Trójki. Koniec końców wpadł wujek, którego poczęstowałem, ale założenie było takie, że zjem wszystko sam.

Ciasto:
3 szklanki mąki
1 szklanką wrzątku (bądź gorącej wody)
szczypta soli
2 łyżki oleju (około, u mnie na oko)

Farsz:
450 g mrożonego szpinaku
80 g twardego sera koziego
3 ząbki czosnku (ja lubię dużo)
sól
pieprz
gałka muszkatołowa

Wsyp 3 szklanki mąki do miski, dosyp sól. Zrób dołek i wlej dwie łyżki oleju. Dodaj do tego szklankę wrzątku. Istnieje ryzyko, że mąka się zaparzy, dlatego też możesz chwilę odczekać, żeby woda odrobinę ostygła. Wyrabiaj ciasto do czasu, aż będzie odchodzić od ręki i będzie gładkie. Po wyrobieniu połóż ciasto na deskę i przykryj je szczelnie miską, tak aby nie było dostępu powietrza.

Wrzuć mrożony szpinak do garnuszka i dodaj odrobinę wody. Gdy się roztopi, podgrzewaj go na małym ogniu, aby nadmiar wody odparował. Nie musisz odparowywać całej wody, ale niech nie przypomina zupy. Dalej podgrzewając, dodaj trzy wyciśnięte ząbki czosnku, sól, pieprz i zetrzyj gałkę muszkatołową. Możesz dodać zmielonej, ale świeżo starta jest bardziej aromatyczna, a ja uwielbiam ten zapach. Na koniec dodaj starty lub drobno pokrojony ser i mieszaj do czasu aż połączy się ze szpinakiem.

Odetnij kawałek ciasta i rozwałkuj je. Je rozwałkowuję ciasto bardzo cienko, gdyż uważam, że ciasto jest tylko otoczką dla wspaniałego wnętrza i ma podkreślać jego smak, a nie zdominować. Jednak jeżeli wolisz grubsze ciasto, to rozwałkuj je grubiej. Z ciasta wycinaj okręgi (np. szklanką) lub kwadraty i nakładaj łyżeczką farsz. Następnie zwilż brzegi, sklej je, a gotowe pierogi odkładaj np. na deskę i przykryj ścierką. Ścierka zapobiegnie szybkiemu zsychaniu się pierogów gdy będziesz robić kolejne pierogi.



W międzyczasie wstaw wodę w garnku i zagotuj ją. Dodaj dużą szczyptę soli. Gotowe pierogi wrzuć do garnka i zamieszaj, żeby nie przykleiły się do dna. Gotuj je przez około 2 minuty od momentu w którym wypłyną na powierzchnię. Wyłów je i przełóż na talerz. Można je okrasić masłem, skwarkami ewentualnie podsmażoną cebulką. Tłuszcz sprawi, że nie będą się kleiły.

WAŻNA INFORMACJA
Gdy przygotowujesz pierogi, dopiero po sklejeniu wszystkich wrzucaj je do garnka, zrób to partiami. Jeżeli pierogi leżą za długo ciasto początkowo zeschnie się, ale potem zrobi się bardzo kleiste i nie będzie można ich ruszyć nie uszkadzając. Farsz wypłynie podczas  gotowania i zostanie Ci tylko samo ciasto.


Smacznego!


 - Janek

środa, 26 lutego 2014

Zakalec idealny


Ostatni raz zakalec wyjęłam z piekarnika rok temu. Spodziewałam się tego, że ciasto nie wyjdzie, bo robiłam je pod wpływem silnych i trudnych emocji. Moja rodzina bardzo się ucieszyła, bo uwielbia "krówki". Cała blacha zniknęła w niespełna godzinę. Uśmiechnęłam się pod nosem, że zakalec tak może kogoś uradować.
W niedzielę upiekliśmy chleb Amiszów, tzw. chlebek szczęścia. Z pozoru wyglądał całkiem przyzwoicie. Zresztą, spójrz! Czy to ciasto wygląda z zewnątrz na nieudane?

Czekając na naszych gości, pokroiliśmy ciacho i upsss... krówka.



Nie ma tego złego, w sumie notka o zakalcu rzecz przydatna.

My już wiemy, co zrobiliśmy źle. W przepisie znalezionym w Internecie trzeba było dodać starte jabłko do przygotowanej masy. Nie wpadliśmy na to, że jabłko puści dużo wody. A co woda ma do ciasta? Ma!
Aż 70 % nieudanych wypieków spowodowana jest za dużą ilością wody w cieście.
Co zrobić, gdy owoce są w przepisie?
Dodaj ich mniej, niż jest podane. My robiliśmy wszystko zgodnie z przepisem. I chyba czasem warto pomyśleć, zwłaszcza, jak czekamy na gości :)
Jeśli są to owoce miękkie, sezonowe, np. truskawki, obtocz je w tartej bułce. Ona wchłonie wilgoć.
A w przypadku tartych owoców, warzyw, zetrzeć je na większych oczkach.

Jak unikać zakalca? Jest kilka zasad, których warto się trzymać.

Podstawą jest znajomość piekarnika i jego działania. Jeśli używamy funkcji termoobiegu, temperatura powinna być mniejsza o 20°C. Czas pieczenia jest równie istotny. Otwieraj piekarnik dopiero pod koniec upływającego czasu pieczenia i sprawdź czy już jest gotowe. Oczywiście jeśli czujesz, że coś się przypala nie czekaj, ratuj ciacho!

Zaleca się, żeby składniki ciasta przed zmieszaniem miały temperaturę pokojową. Chodzi o to, żeby nie było różnic w temperaturze składników. To samo dotyczy dodawania składników ciepłych. Lepiej poczekać, aż ostygnie, niż wyrzucać potem wypiek do kosza. Chociaż, ptaki by się ucieszyły.

Warto sypkie składniki, np. mąki, przesiewać. Dzięki temu nabiorą one powietrza, lekkości, a to pozwoli uniknąć grudek podczas mieszania.

Mieszaj wszystko w jednym kierunku, wyłącznie do połączenia się składników. I to nie są dyrdymały. Mąka zawiera gluten, który podczas mieszania wiąże ciasto. Zbyt długie mieszanie powoduje zerwanie tych wiązań.

Nasze babcie mawiały, że w czasie kobiecych dni, lepiej nie piec. Miały rację. Udowodniono naukowo, że w czasie miesiączki, a także w wyniku zmian hormonalnych, skóra kobiety jest bardziej wilgotna, przez co zmienia się jej flora bakteryjna. Może to się przyczynić do klęski podczas wypieku na drożdżach, zakwasie czy nawet robienia przetworów.


Co jeszcze?
Nie wstawiaj gorącego ciasta do zimnego pomieszczenia. Niech ono ostygnie w piekarniku, na parapecie.
Ciasto francuskie nie powinno być zwijane zbyt ściśle. Jeśli dodajesz do niego owoce, posmaruj je białkiem lub posyp płatkami ryżowymi.
Kruche ciasto ugniataj jak najkrócej, a potem schłódź je w lodówce przez ok. 1 godzinę. Pamiętaj, że masło dodawane do ciasta powinno być zimne. I podobnie jak w cieście francuskim, jeśli dodajesz owoce posmaruj je białkiem lub oprósz mąką. Gdy dodajesz masy sernikowej, czekoladowej, podpiecz spód, a do samej masy dodaj odrobinę proszku do pieczenia.
Piekąc biszkopt przesiej mąki! To wyjątkowo delikatne ciasto, które może momentalnie opaść. Mieszaj je krótko, spokojnie, a jeżeli używasz miksera, to na najmniejszych obrotach.

Jeśli i tak wyjdzie Ci zakalec, to niczym się nie martw. Zrobienie porządnego zakalca to też sztuka!